Galeria Świętojańska

20 lat istnienia

Galeria o nazwie Promyk, potem Prom Art, a obecnie Świętojańska, przedstawiająca głównie sztukę osób z niepełnosprawnością intelektualną, powstała w 1995 r., w dwa lata po I Międzynarodowych Spotkaniach Świat Mało Znany, na których poza innymi formami wypowiedzi artystycznych, malarstwo zajaśniało nam najbardziej. Prac było dużo, zwracały uwagę niepospolitą formą plastyczną, przedstawianym obiektem, kompozycją i kolorystyką. Od razu zetknęły się z profesjonalistami, bo o ich ekspozycję w holu Filharmonii Bałtyckiej poproszono pracowników Wydziału Architektury Politechniki Gdańskiej, a wernisaż otwierał Zbigniew Jujka. On to wypowiedział te słowa, które były inspiracją do utworzenia galerii: Głową to jest malowane, głową! Pomysł na tę wielką międzynarodową imprezę przyniosła do Stowarzyszenia Beata Kosecka, studentka II roku pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Nikt nie wyobrażał sobie rozmiarów tego wydarzenia, trudno było ogarnąć jego szczegóły i granice, ale tradycją się stało to świętowanie Świata Mało Znanego i co 2 lata festiwal powtarza się do dziś.
To był czas powstawania organizacji pozarządowych. Nasze Koło miało już swoją placówkę, Ośrodek Wczesnej Interwencji, którego dyrektorem była Halina Szymańska sprawująca także funkcję wiceprzewodniczącej Zarządu Koła. Na tamte czasy, była to rewolucyjna zmiana i nadzwyczajna placówka. Pełna energii Halina Szymańska korzystała z wszystkich okazji powiększających przestrzenie działań dotykających dzieci z niepełnosprawnością intelektualną i ich rodziców. Galeria sztuki, to brzmiało nad wyraz pięknie. Zbigniew Jujka potwierdził nasze zapędy. Otworzyła jej działanie wystawa Architektura w oczach Jana Kućmierza, jednego z najznakomitszych artystów naszego środowiska.
Nazwę Promyk nadano w drodze wyboru z wielu przysłanych propozycji. Była to, według mego rozeznania, pierwsza w Polsce galeria sztuki nurtu art brut. W początkowym okresie pracował w niej Marek Basior, który potem przez wiele lat prowadził w naszym Stowarzyszeniu pracownię witrażu.
Próbując objąć twórczość grupy Autorów prac prezentowanych przez lata w naszej galerii a także w innych ważnych, prestiżowych miejscach wystawienniczych w Trójmieście i w całej Polsce, można zauważyć, że talent, jeśli jest, objawia się w pełni od razu. Autor często, zapytany, bardzo ciekawie objaśnia swoją pracę. Skrót myślowy, abstrakcja, archetypiczność, osobista kolorystyka, pełna kompozycja funkcjonuje naturalnie. Można rzec, wyjmowane z głowy. Jak w każdej innej życiowej sprawie tak i tu – potrzebny jest jednak wrażliwy towarzysz, artysta, który talent zauważy, okaże uznanie, nauczy warsztatu, poszerzy horyzonty…, i wyprowadzi w świat!
W 1996 r. w czerwcu otwierałam po raz pierwszy wystawę prac Barbary Skiby, Mariusza Toczka, Janka Kućmierza w towarzystwie autoportretu Agnieszki Olędzkiej, młodej wówczas adeptki gdańskiej ASP. Prace prezentowaliśmy w Klubie Książki i Prasy w Sopocie. W lipcu, na zaproszenie Jacka Szymańskiego, wówczas tenora Opery Bałtyckiej, wystawa wyjechała na Festiwal Muzyki Operowej do Drozdowa.
W tym początkowym okresie nieocenioną pomocą była nam Kasia Bełczowska, która w ramach Regionalnego Centrum Wspomagania Organizacji Pozarządowych budowała w Gdańsku wolontariat. Z jej pomocą pisałam projekty do Ministerstwa Kultury, do Fundacji im. Stefana Batorego i były to niebagatelne sumy, które pozwoliły rozwinąć skrzydła. Przyszedł jeszcze lepszy czas, gdy, dzięki Izabeli Jakul, dostaliśmy się pod opiekę Gdańskiej Fundacji im. A. Mysiora.
Jeszcze przed 2000 r., do Gdańska przyjechała Ewelina Koźlińska, historyk sztuki, malarka i przez wiele lat pracowałyśmy w galerii razem. Ewelina nadała galerii prawdziwie artystycznego charakteru, a ja skorzystałam na jej towarzystwie najbardziej. Jeśli notom o pracach przypisane jest w katalogach moje nazwisko, to jest to efekt wspólnych rozmów, wymiany wrażeń, mojej nauki o malarstwie. Jeździliśmy na plenery, funkcjonowała utworzona przez nią Pracownia Otwarta, opłacana z budżetu miasta. Na zajęcia przychodziły też osoby z miasta, nie tylko niepełnosprawne. Pracownia trwała przez kilka lat, po odejściu Eweliny prowadził ją Marcin Bildziuk.
Pierwszym ważnym zewnętrznym przejawem istnienia galerii, wśród około 300 w ciągu 20 lat wystaw, była Lekcja z wiewiórką, próby kopii Martwej natury z owocami, dzbanem i wiewiórką, Andreasa Stecha, pokazywana w Muzeum Narodowym w Gdańsku, w 1998 r. W 2000 r. wystawę Nikifor, Szypulski,Toczek, Żarski przyjęła Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie. W 2004 r. przygotowałyśmy Wystawę Dziesięciu do Muzeum Narodowego. Oddziału Sztuki Współczesnej w Pałacu Opatów. Tych dziesięć nazwisk, to autorzy znani w Polsce, a niektórzy i w Europie. Od paru lat, mamy raz w roku wystawy w Bibliotece Oliwskiej, Galerii Mariackiej, w tym roku po raz pierwszy pokazaliśmy nasze prace w American Corner w Gdańsku.
W latach 2002 – 2010 w galerii pracowała Barbara Mazur, absolwentka Instytutu Sztuki i Kultury Plastycznej w Zielonej Górze, malarka, a także Marcin Bildziuk, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Marcin pojawił się u nas jako 16-letni uczeń szkoły średniej. Miał u nas swoją wystawę malarstwa i instalacji. W trakcie jej trwania, za namową Eweliny Koźlińskiej, przeprowadził warsztaty plastyczne dla uczestników Pracowni Otwartej i tak stał się wieloletnim wolontariuszem, a później pracownikiem PSOUU na stanowisku instruktora zajęć plastycznych.
Barbara prowadziła pracownię malarską, w której szczególnie rozwinął swą twórczość Wojciech Rubik. Zainicjowała też z dużym powodzeniem zajęcia z grafiki. Linoryty, gipsoryty z jej pracowni prezentowane na wielu wystawach, także poza naszą galerią, w Centralnym Muzeum Morskim, Gdańskim Archipelagiem Kultury, Wyspa Skarbów, wywędrowały w 2009 r. na artystyczne wydarzenie The One for All, Rok Polski w Jerozolimie. W 2007 r. prace Mariusza Toczka, Wojciecha Rubika, Jana Kućmierza, Henryka Żarskiego prezentowane były na wystawie w Polskim Instytucie Sztuki w Wiedniu.
Przyjmujemy wystawy zaprzyjaźnionych z nami profesjonalistów. Wprawdzie od początku wystawom często towarzyszyła praca artysty, absolwenta Akademii, instruktora pracującego w Warsztatach Terapii Zajęciowej, ale pierwszą indywidualną Wystawę z walizki w pomieszczeniu 5×5, w r. 2000, miał prof. Hugon Lasecki. Swoje prace prezentowali potem tacy artyści jak: Jan Misiek, Waldemar Cichoń, Anna Makać, Helena Sadłek, Marek Model, Marek Wróbel, Barbara Mazur, Bożena Kręcisz. Wystawialiśmy fotografie Krzysztofa Najdy. To cieszy, bo sztuka i uczona i intuicyjna jest przecież w tym samym nurcie twórczych natchnień. Zdarza się nam nierzadko obserwować pozytywne, a nawet zazdrosne, zaskoczenia profesjonalistów oglądających prace wystawianych u nas Autorów.
Dwudziestolecie istnienia galerii zbiega się z dwudziestoleciem zawiązania w naszym Stowarzyszeniu Orkiestry Vita Activa utworzonej przez małżeństwo – Mirosławę Lipińską i Ryszarda Popowskiego. Grają w niej osoby niepełnosprawne bez świadectw szkoły muzycznej, ich rodzice, dołączają urzeczeni jej dokonaniami wykształceni muzycy. Trwamy jak bliźniacze siostry, z całą atencją co do naszych poczynań i rozwoju. Można rzec, uczestniczymy w sobie. Przepiękne brzmienie tej perkusyjnej orkiestry, opartej na instrumentarium Carla Orffa, aranżacji utworów i klasycznych, i innych – myślę, współgra z prostotą, z naturalnością malarskich natchnień.
Teresa Pałejko

 

 

 

 

 

 

Jan Kazimierz Kućmierz

Urodzony w 1951 r. w Olkuszu. Do Gdańska przyjechał z ojcem jako dorosły mężczyzna. Przeszedł roczny kurs dla absolwentów Szkoły Życia, po którym nastąpiły istotne dla jego świadomości i działań zmiany. Po śmierci ojca mieszkał sam we Wrzeszczu, pod okiem rodziny uczęszczając do Dziennego Ośrodka Adaptacyjnego. Był uzdolnionym aktorem i muzykiem Orkiestry Vita Activa, w której przez lata grał na bębnach strojonych. Dla nas jest osobą historyczną. Jego wystawa pt. Architektura w oczach Jana Kućmierza otwierała w 1995 r. działalność tej galerii. Teraz wiedzie życie jowialnego emeryta w Zespole Mieszkań Wspomaganych w Gdańsku.
Kiedy zaczął malować… , nie wiem, ale zawsze było to po prostu malarstwo.
Bo jest coś w tych obrazach, co budzi po prostu respekt. Choć, wydaje się, domeną zainteresowań plastycznych Janka jest architektura – domy i ulice, zacznijmy od krajobrazów. Spoglądamy na nie i widzimy porę dnia, nocy jakby w jej najpiękniejszej, najspokojniejszej chwili. Łąka, las, droga, zagony utrzymane są w łagodnej perspektywie, spokojnych proporcjach. Obraz zaprasza do zatrzymania na nim wzroku – łagodne światło, czyste kolory, tonacja głęboka – przywołuje uśmiech na twarzy oglądającego. Nie czujemy się do jego wnętrza wciągnięci, raczej przypatrujemy się w zamyśleniu oddając się nastrojowi, śledząc pomysły artystyczne i warsztat malarza. Istotny tu jest wyrazisty i pomysłowy, a prosty w swych elementach rysunek całości, coś, jak wygodne dla oczu rozplanowanie, kompozycja oczywista.
Na obrazach pojawia się pewien ciekawy, powtarzający się, element, coś jak artystyczne signum autorskie. Jest to niezbyt regularna plama o łagodnym zabarwieniu, powiedzmy, słonecznym, raz jako ćwiartka kuli lub rozmyta złotawa chmura, innym razem – coś na kształt parasola, czasem ma tych samych rozmiarów odbicie w wodzie. Wędruje sobie po niebie a Janek łapie ją w locie, no i topi. Nadaje to kompozycji lekkości i jest interesujące.
Do trzech równoległych, biegnących w poprzek czarnych linii i trzech delikatnych perłowych kolorów sprowadzony jest znak pejzażu nad wodą, można powiedzieć – mistrzostwo prostoty sięgnęło tu pułapu.
Tym razem, wystawę zdominowały pejzaże, skromniej przedstawia się architektura. Są to wspomnienia z podróży zagranicznych do Jerozolimy i Paryża, dwa przedstawiają nasz fantastycznie skadrowany Gdańsk – widok z ulicy na stoczniowe mosty wielkich dźwigów. Janek nigdy nie przejmował się policzalnością okien, jest ich dużo, znaczonych białą lub czarną kreseczką. Chętnie też kumulował budowle, tworząc rozległe bryły architektoniczne – zamki, przy których z lubością odgrywał sceny porywanych księżniczek i ich wybawicieli. Samych bohaterów nigdy nie malował, mury zamku były świadkami wydarzeń.
Ze względu na zainteresowanie architekturą, padają uwagi o podobieństwie twórczości Jana Kućmierza i Nikifora, czyli, jak już wiadomo, Netyfora Derewniaka. Owszem, obaj malowali architekturę z naturalnym wyczuciem perspektywy i kadru. Janek nie zajmował się wnętrzami i nie umieszczał nigdzie postaci, tym więc i siebie samego, co Nikifor czynił często, dopisując tym legendy o sobie, piękne marzenia. Trzeba też powiedzieć o różnicy ich losów, bo Nikifor cudem przeżył swoje długie życie, i jego sława poświadcza fakt, że prawdziwy talent zawsze się do świata przebije. Także ogólny koloryt ich obrazów jest różny. Cudnym malarzem jest Nikifor i Janek, i, mimo różnic, charakter ich twórczości – formalnie rzecz ujmując – jest równoległy. Mimo odległości w czasie, plasują się w tym samym okresie malarstwa modernizmu Młodej Polski. Mogliby malować w przyjacielskiej znajomości., obaj doskonale i świadomie zamykając swoje wizje w artystycznej formie.
Dlatego, pozwolę sobie zakończyć ten krótki wywód słowami z tekstu Andrzeja Banacha o twórczości Nikifora:
Był obdarzony absolutnym słuchem malarskim, wyobraźnią oryginalną i konsekwentną […] Komponował bezbłędnie, rysował wyraziście …
Co w każdej literce tyczy się także Jana Kućmierza.

Barbara Skiba

Urodzona w 1969 r. w Zielonej Górze. Uczęszcza do Warsztatów Terapii Zajęciowej. Jej ojciec, Janusz Skiba, akwarelista, grafik, ostatnio zajmujący się fotografią artystyczną wcześnie zauważył talent Barbary. Od 1992 r. począwszy miała wiele wystaw indywidualnych, brała udział w wystawach zbiorowych. Jest laureatką licznych nagród, w tym III nagrody na Międzynarodowym Biennale Sztuk Plastycznych Osób Niepełnosprawnych w Krakowie i wielu nagród i wyróżnień na Ogólnopolskim Konkursie Malarstwa im. Teofila Ociepki w Bydgoszczy. Pierwszą nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska w konkursie Uczeń i Nauczyciel otrzymała wspólnie z ojcem. Wspólnie i niezależnie, bowiem Barbara jest malarką nie poddającą się sugestiom z zewnątrz. Jej prace znajdują się w Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu i w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie.
„Malarstwo Barbary Skiby jest zawsze swą ikonografią związane z człowiekiem. Raz będą to postacie z baśni, potem pojawią się znane postacie historyczne, by najpełniej zabrzmieć w testamentowych wyobrażeniach zaskakujących innością sposobu widzenia. Artystka tworzy swoiste prawzory ikonograficzne dla znanych od zarania tematów biblijnych. Kompozycja w obrazach Barbary Skiby nie jest jakimś przypadkiem, komponuje z wyczuciem i intuicją. Komponuje linią, ale przede wszystkim kolorem, którego imaginacyjny charakter wynika z głębokiej wyobraźni Autorki… Maluje szeroko, swobodnie, syntetycznie.”
Irena Filipczuk, katalog indywidualnej wystawy w Galerii Centrum Promocji ZWCH, Stilon, Gorzów
„W niektórych pracach, tych najbardziej rozbudowanych wieloelementowo, stosuje perspektywę intencjonalną – postać najważniejsza jest największa, bez względu na plan na którym występuje. Kolor również nie jest przypadkowy, np. w obrazie Pan Jezus pod murami Jerozolimy, portretowany Jezus ma czerwoną szatę przynależną królom, władcom – wszak Chrystus Królem! Jezus jako dobry pasterz ma szatę białą – symbol dobra i czystości. … Wielkie zainteresowanie kolekcjonerów dzieł sztuki w kraju i za granicą podyktowane jest tym, iż w dobie przeintelektualizowanej, skomputeryzowanej sztuki znanych profesjonalistów, ta cicha, szczera sztuka nie wrzeszczy, lecz szepcze.
Leszek Woźnicki, Katalog indywidualnej wystawy w Katolickim Stowarzyszeniu Civitas Christiana, Skarżysko Kamienna 1999
„Barbara Skiba tworzy własną, niepowtarzalną opowieść o człowieku. Maluje kolorowe, pełne życia obrazy farbami wodnymi, kredkami. Posługuje się barwami czystymi. Zestraja je w układach kontrastowych, uzyskując specyficzną ekspresję wyrazu. Kolorem buduje przestrzeń, stwarza nastrój, charakteryzuje postaci. Na jej opowieść składają się sceny z Nowego Testamentu, historii i świata baśni. Jej wyobraźnia skłania się ku tradycyjnej formie przedstawienia, tworząc nowe jakości interpretacyjne. Barbara Skiba zawsze mówi o człowieku, on jest głównym tematem jej prac, nawiązuje ze światem emocjonalny kontakt, przekazując własne uczucia i nastrój.”
Elżbieta Kantorek, Katalog wystawy w Galerii Sztuki Ludowej i Nieprofesjonalnej w Bydgoszczy, 1998 r.

Henryk Żarski

Urodził się w 1944 r. w Niemczech, gdzie podczas wojny wywieziono jego rodziców. Do Polski wrócił jako kilkuletnie dziecko, sierota. Wychowywał się w klasztorze. Od wieku dorosłego przebywa w Domu Pomocy Społecznej w Pakówce. Zaczął malować w wieku 46 lat. Talent w nim odkryła Irena Okamfer i ona nauczyła go technik malarskich. Wśród malarzy z kręgu naszej galerii jest artystą najbardziej utytułowanym nagrodami, sławnym w Polsce i za granicą. Kilkanaście jego prac zakupiło Muzeum L’ Art Brut w Lozannie, dwie prace znajdują się w zbiorach Muzeum Sztuki Nieprofesjonalnej w Radomiu. Brał udział w wystawie Oswajanie Świata, w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, eksponowanej także w Europie.
„Postać malowana jest zawsze podobnie – nadnaturalnej wielkości oczy, dekoracyjność stroju, a rodzaj i ilość ornamentów przywodzi na myśl sztukę hinduską. Trudno powiedzieć, co w malarstwie Żarskiego robi większe wrażenie – literackość, groteskowość scen czy witrażowa dekoracyjność, zagmatwanie, w którym widz sam musi wybrać dominantę. Sztuka Żarskiego wynika z jego doświadczenia świata i stanowi swoisty z nim dialog. Dialog tym pełniejszy, że w przypadku tego artysty uzupełnia komunikacje werbalną.”
Katalog do wystawy indywidualnej w Galerii TAK, Poznań 2003 r.
„ Te oczy cieszą się absolutną wolnością, czasem sprawiają wrażenie złapanych przypadkowo w format kartki, migawkowo ujęte w swym dziwnie naturalnym ruchu. Jakby metafizyczne obroty sfer niebieskich z całą ich zawartością odbywały się najoczywiściej w świecie, przed oczami autora … Są pełne autentycznej życiowej siły, sprawiają wrażenie absolutnego przekonania i harmonii świata.
Ewa Herniczek, Słowo do X wystawy indywidualnej w Galerii L’Art Naif, Kraków 2003 r.

Damian Rebelski

Urodził się w 1980 r. w Szubinie, mieszka w Bydgoszczy, maluje w domu i w Warsztacie Terapii Zajęciowej Stowarzyszenia MEDAR, pod opieką artystyczną Elżbiety Olszewskiej. Inspirują go Wielcy Mistrzowie. Kredką i własną kreską, można by rzec modernistyczną, przedstawia ten obraz, który robi na nim nieodparte wrażenie. Sceny religijne, mitologiczne, sztuka impresjonistów – najpiękniejsze obrazy, jakie znajduje w czasopiśmie „Wielcy Malarze”, w albumach, podręcznikach.
Od 1999 r. brał udział w wielu konkursach ogólnopolskich, na których jego prace otrzymały pierwsze nagrody, miał wiele wystaw indywidualnych.
Różne są źródła twórczych inspiracji artystycznych. Piękno przyrody, kolorystyka, literatura, uroda człowieka, zjawiska – a to światłocień, a to ruch, rodzaj istnienia, sceny z życia. Damian Rebelski – inspiruje się pięknem tej sztuki, jaką jest malarstwo wielkich mistrzów. To jest przedmiotem jego kontemplacji, jego nauki o malowaniu i temu od lat pracowicie się poświęca. Przedstawienia mitologiczne, rodzajowe, postać w jakiejś sytuacji. Tytuł jest zwykle identyczny z oryginałem, jeśli zmieniony – to jedynie co do użycia słowa, nie sensu.
Pierwowzory są rozpoznawalne, ale to nie są kopie i myślę, nie o kopiowanie Autorowi chodzi. Jego praca malarska polega na przedstawieniu sceny z obrazu, musi je wyjawić osobiście, pokonać, uspokoić swoje serce z mocą, z siłą swego ramienia, zaangażowaniem całego ciała przenieść na karton.
To jest jak mocowanie się. Damian maluje stojąc, z czołem opartym na kartonie, używa kredki, którą tak dokładnie zapełnia wyznaczone wcześniej kontury, że uzyskuje efekt jaki daje malarstwo olejne – jednolitość „wygłaskanej” powierzchni, laserunek zaś, połysk – pochodzi z potu czoła. W jaki sposób powstają tak regularne kształty, proporcje, zakomponowanie, dokładne zapełnienie kolorem – trudno pojąć. Obrazy wypełniają podłoże „od brzeżka do brzeżka. Równiutko. To jest pasja. Ile siły pochłania ta malarska robota pokazuje się także na papierze śladami zagnieceń, śladów rysów kredki, które jednak w żadnym razie nie niszczą blasku i jednolitości kolorów.
Damian Rebelski stosuje swoją jedyną kreskę – mocny obrys, nie indywidualizuje rysów twarzy, odwrotnie – twarze na jego obrazach mogą czasem się różnić zarysem, ale przedstawiane en face mają charakterystyczny, jednym ruchem wyrysowany „schodek” nosa połączony z brwiami. Owszem, nadaje to twarzom rzymskiego charakteru bo i profile znaczone są prostą linią czoła i nosa. Rysunek piękny, nieskomplikowany, charakterystyczny, bynajmniej nie ujednolicający postaci.
Spokoju oczu i wrażenia plastycznego porządku przydaje oglądającemu poprawność proporcji ciała i kompozycji całości. Damian zna te proporcje. Można by powiedzieć, że Autora tych prac nie pochłania tylko zewnętrzne piękno artyzmu wielkich mistrzów, są one także źródłem do zgłębiania innych informacji z malarskiego warsztatu.
Po długiej liście jego wystaw i nagród widać, że jest to autor znany w kręgu sztuki nie tylko osób z jakąś niepełnosprawnością. Pierwszą indywidualną wystawę jego prac pokazywaliśmy w 2000 r. w naszej galerii. Było to malarstwo sakralne, którym zajmował się przez wiele lat zdobywając niejednokrotne uznanie w konkursach. Wystawę tę przejęto wtedy od nas do Dworku Sierakowskich w Sopocie. A nieżyjący już, Jacek Kotlica tak o niej pisał:
„Skoro wiara czyni cuda, to sztuka staje się tej wiary narzędziem. Tak jest w przypadku Damiana Rebelskiego, młodego malarza obdarzonego niezwykłym talentem i twórczą siłą woli. 20-letni Damian walcząc ze swoją niepełnosprawnością, dostąpił tajemnicy tworzenia w sposób nieomal cudowny… Jego pastelowe malarstwo emanuje światłem koloru w sposób tak naturalny, że jego święci czy aniołowie pojawiają się na obrazach jakby wprost z nieba – a przecież to tylko wyobraźnia artysty i mozolny trud okiełznania malarskiego tworzenia i narzędzi!
Jest świadomym sakralistą, sceny biblijne, postaci świętych przemawiają wyrazistością rysunku, która jest konsekwencją użycia mocnych witrażowych obrysów. …Całość wrażeń i wzruszeń związanych z twórczością i osobą Damiana Rebelskiego dopełnia jego ojciec – nieodłączny towarzysz, przyjaciel trzeźwo oceniający możliwości syna. Rozumie i docenia jego malarstwo i umie je zaprezentować.”

Dodam, że w procesie twórczym, pomocy o charakterze warsztatowym ma udział i mama Damiana. Pani Rebelska bardzo drobiazgowo opowiadała mi o warsztacie syna i jego zainteresowaniach dookolnych. Rodzice kochają nie tylko Damiana, razem z synem przyszło im zgłębiać tajniki sztuki.

Stefan Szypulski

Urodził się w 1965 r., mieszka w Gdańsku. Od 1966 r. jest uczestnikiem zajęć w Ośrodku Adaptacyjnym dla Młodzieży Niepełnosprawnej w Gdańsku-Oruni, gdzie maluje. Pracuje sam, ale chętnie rozmawia o swoich obrazach i o malarstwie w ogóle. Nad obrazem pracuje sam. Jest malarzem miejskiego pejzażu, fascynują go zabytki, malował starą architekturę Gdańska, Malborka, Krakowa, miast włoskich. Są to prace zawsze wykonane z pamięci, rozpoznawalne obrazy rzeczywistych miejsc, ujęte w interesującej syntezie, przeważnie w łagodnych zestawach barw. Stosuje własną perspektywę z widoczną relacją ułożenia przedmiotów. Ciekawie rozkłada kolor, szczegół akcentując obrysem. Ze Stefanem można długo oglądać obrazy, rozmawiać o nich, jak również o podróżach, np. do Wenecji. Z poruszeniem mówił o spotykanych tam artystach malujących w plenerze.
Brał udział w wielu wystawach zbiorowych w Gdańsku: w Muzeum Narodowym, ASP a także w Galerii Sztuki Nieprofesjonalnej w Bydgoszczy, w galeriach Krakowa i Torunia.

Zaproszenie do zapatrzenia, czyli inni i Nikifor

…I z góry spływa kolor po kolorze.
Czesław Miłosz, Świat. Poema naiwne

Czyż nie jest dziwne, że dzieła sztuki, którą zwykło się określać jako naiwną, często nie mniej dobitnie świadczą malarskiemu widzeniu świata niż dzieła twórców kształconych w uznanych uczelniach i pracowniach? Nie znaczy to bynajmniej, że obraz artysty „naiwnego” odsłoni przed nami to samo, co dzieło jego „uczonego” kolegi, a z całą pewnością nie uczyni tego w taki sam sposób. Tajemnicą jego obrazu pozostanie inność, czasem inność totalna, z czego wynikną zasadnicze różnice języka, w którym wypowiada się widzenie. Owa inność zmusza nas do rewizji dotychczasowych przyzwyczajeń i stylów odbierania sztuki. Jest ponad wszelką wątpliwość wymagająca, ale za to wzbogaca nasze doświadczenia, poszerza horyzont, zza którego prześwituje ku nam sama istota malarstwa.
Przy bliższym i głębszym w-patrzeniu w prezentowane tutaj obrazy, łatwo zapomnieć o „naiwności” ich autorów; jeszcze łatwiej: za-patrzyć się i pozwolić, by zamieszkały w nas barwy i kształty niespodziewane, zdolne coś powiedzieć zarówno o tych, którzy powołali je do istnienia, jak i o nas samych, do patrzenia zaproszonych.
Przyjrzyjmy się pracom Mariusza Toczka, rocznik 1974. Twórca ten najchętniej poznaje swój świat i kształtuje jego artystyczny ekwiwalent stosując metody intuicyjnej analizy i transpozycji, deformując wyobrażony obiekt po to, by podkreślić jego najbardziej charakterystyczne cechy – opowiedzieć go po swojemu w języku plam o różnym kształcie i konsystencji, w języku figur zaskakujących i zmysłowych, barwnych warstwic. W kilku miejscach zauważamy przedmioty przypominające nam te, znane nam z powszedniego doświadczenia. Przeniesione na płaszczyznę kartonu, ujawniają znaczący, a słabiej niegdyś dostrzegany potencjał wizualny, za którym stoi lub stać może jakieś zagadkowe piękno. Niekiedy w swoich spontanicznych próbach zapisu i wyrazu posuwa się Toczek jeszcze dalej. Rezygnuje z plamy i i kreski na rzecz komponowania obrazu z pojedynczych punktów, których skupiska, rozproszenia i ciągi jakby na przekór narzuconej sobie skromności środków starają się oddać całą fakturę, całe bogactwo rzeczy.
Fasady domów załamujące się niczym fantastyczne a kosztowne draperie, pierzeje placów, łodzie zawieszone w wodach weneckich kanałów, monumentalne świątynie – oto przedmioty fascynacji i artystycznej kreacji Stefana Szypulskiego, rocznik 1965. Z jego obrazów i rysunków można wyczytać całą prawdę o paradoksalnej naturze miasta, fenomenu statycznego i dynamicznego zarazem. Na tle domów namaluje Szypulski kołysanie gondoli, po czym i ruch, i bezruch chwyta w sieć linii. Tak rodzi się wizja syntetyczna, ustateczniona, mocno osadzona w strukturach indywidualnej wyobraźni, przyswojona trwale i głęboko, stanowiąca stały, charakterystyczny składnik imaginarium Szypulskiego, reprezentująca swego twórcę, inspirująca do rozważań o przestrzeń i artystycznych próbach jej opanowania, pojęcia, może nawet – zrozumienia.
Malarstwo Henryka Żarskiego, ur.1944, najłatwiej określić mianem sytuacyjnego, gdyż właśnie gesty, sytuacje, sceny (od sakralnych do rodzajowych) są jego najczęstszym, tematem.
Żarski chętnie odrealnia je i odkształca, ale jego postacie zawsze spoglądają na nas szeroko otwartymi oczyma, jakby się nam dziwiły albo oczekiwały odpowiedzi na jakieś nieme, sobie tylko znane pytania. Są alegoriami, esencjami spojrzeń – czasem dostojnych, czasem niespokojnych. Malarz utrwala ich gest – rytualny lub codzienny, wykonywany zwykle w scenerii pełnej szczegółu, suto przyozdobionej jakby barokowymi ornamentami. Twórczość Żarskiego wiele zawdzięcza sztuce kościelnej: ołtarzom, freskom, grupom Ukrzyżowania i Narodzenia, których kompozycje często naśladuje. Zestawione z rysunkami Mariusza Toczka, prace Żarskiego ujawniają ważne „miejsce wspólne” wrażliwości obu malarzy: skłonność do pilnego analizowania malowanych obiektów, która nawet w szczegółach anatomii, w proporcji ciała i układzie mięśni u przedstawianego zwierzęcia każe Henrykowi Żarskiemu poszukiwać walorów plastycznych.
Mówi się o nim „Nikifor z Pakówki”. Swoim malowaniem Żarski podważa to efektowne, aczkolwiek niezbyt trafne określenie. Widać wyraźnie, że stoi po stronie własnej osobności, a gremia przyznające prestiżowe nagrody wydają się podzielać ten pogląd.
Wreszcie ten, od którego się zaczęło (przynajmniej u nas): Nikifor (1895-1968). Akwarelista, legenda krynickiego kurortu, którego malarstwo jest punktem odniesienia dla wszystkich podejmujących namysł nad sztuką „naiwną”, nieomal jej ucieleśnieniem. Ale daleko ciekawsze niż sądy krytyków okazuje się jego poczucie porządku wyrażone w charakterystycznym zakomponowaniu przestrzeni: u zbiegu ulic często zauważymy świątynię lub większy, zdaje się urzędowy, gmach, oddany bez świadomości stylu, ale przywołujący jakiś ukryty, przeczuwany ład. W takich dekoracjach może się rozegrać jakiś gwałtowny dramat, lecz bardziej jest prawdopodobne, że staniemy się widzami codzienności, że po załatwieniu drobnych, po małomiasteczkowemu banalnych spraw pójdziemy na spacer aksamitnie lesistym stokiem albo o niebiesko-szarej godzinie zasiądziemy do lektury w niewielkim pokoiku drewnianej willi-pensjonatu stojącej na kamiennej podmurówce.
Akwarele Nikifora żyją odblaskiem wielkiego świata, tęsknią do jego „światowości”, ale wielką cnotą ich prowincjonalności jest to, że ze swadą, opowiadają o tym, co się widzi lub o tym, co i jak chciałoby się jeszcze ujrzeć.
Malarze naiwni? Może tak, może nie. Jakkolwiek ich nazwiemy, nie zapominajmy, że dzieląc się z nami swym oglądem rzeczywistości, są całkowicie wolni od wyrachowania, a hojni nad wszelkie spodziewanie.
Piotr Wiktor Lorkowski, słowo do wystawy Nikifor, Szypulski, Toczek, Żarski w PGS, w Sopocie, 2000 r.

Małgorzata Róg

Urodziła się w 1974 r. w Gdańsku. Rysunek fascynuje ją od najmłodszych lat. Jej rozwój artystyczny jest związany z galerią Promyk i osobą Eweliny Koźlińskiej. Uczestniczyła w zajęciach Pracowni Otwartej. Ma w dorobku wystawy indywidualne w naszej galerii, w Galerii Sztuki Nieprofesjonalnej w Bydgoszczy, w Kościele Ewangelicko Augsburskim w Sopocie, wystawiała tez razem z siostrą Anną – artystką fotografikiem, brała udział w wystawach zbiorowych w ASP, Wystawie Dziesięciu, w Bibliotece Oliwskiej. Miała wystawy z fotografikiem Krzysztofem Najdą i znanym gdańskim malarzem Janem Miśkiem.
„Czy patrząc na jabłko zdarza nam się czuć jego smak, miękkość lub twardość, konsystencję miąższu, strukturę jego skórki, zapach pestek z ogryzka? Czy wiemy jak mokry i lepki może być sok nasączający bryłę owocu?
Malarstwo Małgorzaty Róg stworzone jest za pomocą wszystkich zmysłów, zamyka w sobie głębię i bogactwo sposobów percepcji otaczającego nas świata. Wskazuje na wielość odczuć, różnorodność wszystkiego co współżyje i współistnieje z ludźmi. W jej martwych naturach, krajobrazach, kopiach i innych kompozycjach – oddawany przedmiot jest kwintesencją swojego istnienia, ikoną rzeczy. Przedmiot w obrazach ma w sobie to wszystko, co obok koloru i kształtu określa go, a więc smak, zapach, strukturę materii, wydaje głośno swój egzystencjalny dźwięk.”
Ewelina Koźlińska, katalog do wystawy indywidualnej w galerii Promyk, 2000 r.
„Z powodu ruchów mimowolnych, jej kreska była krótka, nerwowo pociągnięta – nigdy w tym miejscu, gdzie miała być narysowana. Pierwsze jej rysunki były wykonane z moją pomocą, trzymając ją za dłoń, próbowałam prowadzić. … Po jakimś czasie Małgosia podjęła próby rysowania bez mojej pomocy i tak powolutku sama doskonaliła swój warsztat. Z wielkiego chaosu kresek zaczęły się wyłaniać pierwsze elementy martwej natury, krajobrazu, portretu. Następnie Małgosia poszukiwała odpowiedniego kształtu dla swoich przedmiotów, nie chciała aby kurczak miał kwadratową głowę. Wymyśliła więc kreskę składającą się z ogromnej ilości pionowych kreseczek. W ten sposób pokonała problem łagodnego zaokrąglenia linii. Nauczyła się malować pastelami tłustymi. Musiała na początku wykazać dużo cierpliwości, ponieważ kredki rozsypywały się jej w palcach. Nabiera też odwagi w posługiwaniu się pędzlem.”
Ewa Róg – mama, katalog do wystawy w galerii Promyk, 1997 r.

Beata Sobieszczyk

Urodziła się w 1964 r. w Gdyni. Jest malarką martwych natur i swoistych kopii obrazów dwudziestowiecznych artystów. Jej prace powstają z inspiracji osoby prowadzącej warsztaty. Potrzebuje pokierowania. Dlatego ważnym momentem, w którym okazała się jej wrażliwość i zdolność artystyczna było spotkanie z Eweliną Koźlińską, w Pracowni Otwartej. Spotkania odbywały się w naszej Galerii, wówczas zwanej Promyk. Mógł tam przyjść każdy, a więc zbierało się na zajęcia grono młodych i starszych, wśród nich również niepełnosprawnych. Ewelina prowadziła zajęcia według reguły pracowni akademickiej. Beata trafiła szczęśliwie do tego grona.
Jest to na pewno malarstwo zdecydowanej formy, wyraźne w kolorze, w przewadze tonacji ciemnej, zakomponowane w proporcjach niezakłóconych. Pastel, kredka kładziona raczej cienko, dzięki czemu powstaje efekt szczególnie ciekawy, kiedy karton ma fakturę dającą wrażenie tkaniny. Ten efekt łączy się ze stosowanym często ukośnym znakowaniem form krótką kreską, jak ażurem, napełniając obraz powietrzem przydaje ruchu, wydobywa przejrzystość witrażu.
Kompozycje kwiatowe, na pewno były malowane z natury, więc tym ciekawsze jest przedstawienie ich elementów – z częściowym stosowaniem obrysu, interesująco znaczonym tłem, wydobyciem przejrzystości szklanego flakonu. Liście trzech tulipanów w owym szklanym flakonie otrzymują trochę złotej świetlistości co właśnie tej przejrzystości dobrze służy. Beata nie boi się położyć koloru ciemnego na tle ciemnym, głębię i kształt wydobędzie lekkim wywinięciem liścia o jaśniejszym odcieniu zieleni, a strzał czarnej krechy na ciemne tło wprowadza interesującą geometrię w kompozycji.
Równie ciekawe są kopie – Makowski, Picasso, Munk, Degas. Szczególnie Makowski i Picasso zdają się być bliskie ręce i oku Beaty. Prace – choć malowane śmiało, oddają charakter oryginału, mają dobry rysunek, powtarzają perspektywę i proporcje. Potraktowane z plastyczną intuicją – obrazy naśladowczyni i autorów pierwowzoru pozostają w zgodzie. Pomysły malarskich skrótów, znaków wskazują na stopień wrażliwości artystycznej i swobodę w traktowaniu oryginału. Można rzec, sprawa rozgrywa się w duchowym porozumieniu między artystami.
Niewątpliwie najciekawsza jest kopia tancerek Degas’a, odpoczywających w głębokich, luźnych skłonach. Tu wszystko jest ostro zaznaczone i obrysem i kolorem, oglądane z daleka, gdy traci się głębia, powstaje płaski obraz, który to niekiedy, w pierwszym momencie, zaskakuje nas, zanim rozpoznamy co naprawdę przedstawia. To bardzo ciekawe wrażenie Beata wykorzystała – być może nieświadomie, lecz z pewnością zarejestrowane plastyczną wrażliwością z doświadczenia rzeczywistego wziętą. Obraz ten ma bardzo ładne światło.

Arkadiusz Domek

Urodził się w 1975 r. Mieszka w Bydgoszczy, maluje w Warsztatach Terapii Zajęciowej przy Stowarzyszeniu MEDAR. Jego życie artystyczne rozpoczęło się przypadkiem, gdy umieszczony w stolarni, którą wybrano jako możliwe miejsce jego rehabilitacji i rozwoju, zamiast obrabiać otrzymywane deseczki zaczął na nich rysować. Jak pisze czuwająca nad jego rozwojem artystycznym Elżbieta Olszewska, zaczynał skromnie, od jednej czarnej kredki. W miarę nabierania malarskiego smaku powstawały kompozycje o nasyconych barwach ciekawie zestawianych, w interesujących rytmicznych układach.
Od 1998 r. zdobywa nagrody na ogólnopolskich konkursach, w tym, znacząca jest trzecia nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Malarskim im. Teofila Ociepki w Bydgoszczy, a także wyróżnienie w konkursie kopii Dzieła Mistrzów w Krakowie.

Pejzaż z pociągiem czyli RYTMY ŚWIATA

Malarstwo Arkadiusza Domka zachwyciło mnie po raz pierwszy w 2000 r., kiedy to na wernisażu po Konkursie Malarstwa im. Teofila Ociepki, w Wieży Ciśnień w Bydgoszczy, wśród wielu innych, zatrzymała mnie jego praca wywołując odczucie przyjaznej, miłej radości. Zaprosiliśmy Artystę z wystawą do naszej Galerii w Gdańsku.
Prace miały ustalony, dość jednolity charakter artystyczny. Były w pięknym doborze kolorów, w powtarzającej się kompozycji pasmowej, ujmującej sekwencje niewielkich form kwiatów – tulipanów (?), przedzielanych łanami zbóż, traw, przenikających błyskiem strug wody; a wszystko to, jakby w zależności od pory roku i dnia nasycone słońcem, przepojone aksamitem nocy, o wyraźnym rysunku. Jedna tylko, na skutek użycia techniki mieszanej – pastela tłusta i farba wodna, odznaczała się lekkimi zaciekami, co przydało obrazowi innego rodzaju istnienia formy, jak za przesłoną poruszaną lekkim wiatrem. Oczywiście rzuciliśmy się skwapliwie na ten karton umieszczając go na wystawie i w katalogu.
Otoczona wtedy obrazami Arkadiusza Domka poczułam w głowie zawirowanie. Okręciłam się wraz z nimi i jakby z całą planetą Ziemią. Wtedy to odkryłam, że wszystkie piony istnieją w poziomach. I krążą! Być może ta przynależna Autorowi, zagadkowa kompozycja ma przyczynę w jakimś archetypowym odczuciu rytmów i ruchów Ziemi. Urealnia się, widać, stałe wewnętrzne wrażenie, od którego Arkadiusz Domek nie odchodzi i stosuje jako jedyną zasadę malarskiej kompozycji.
Te intrygujące obrazy, nie uwzględniające perspektywy ni światłocienia, mają w sobie głębię, pokazują warstwy form i kolorów. Każde pasmo ma swoją przestrzeń, przyciąga uwagę, zaprasza do zaglądania, jest gęste.
I oto mamy drugą wystawę. Przysłano na nią kilka prac ze zwracającym uwagę podpisem: Pejzaż z pociągiem, Pociąg – podróż. Jeden w tonacji błękitnej – może o zmroku, inne jaśniejsze, słoneczne – może za dnia, o poranku. Przez nieco zwichrzone pasma pejzażu prą, pochylone nieco, schodkowate linie… Tak!, to jest pociąg w pędzie, krajobraz naturalnie jest zamazany, schodkowaty rysunek oddaje i linię wagonów, i tak charakterystyczny stukot kół.
Namalować odczucia, dźwięk, biegnące za oknem widoki jawiące się smugą kolorów, uchwycić barwy przyrody w spiętrzonych warstwach, zaznaczyć proporcje wrażeń, użyć do tego palety jak z tęczy wziętej, uzewnętrznić w szczerości wewnętrzne wrażenie…, to są wyznaczniki twórczości malarskiej tego artysty, to są jego dary, miara jego talentu.
Od pierwszej wystawy Arkadiusza Domka w naszej Galerii minęło 10 lat. Byłam ciekawa, co nowego pojawiło się w jego twórczości. Zauważyłam szerszy ruch ręki, powiększone szczegóły, jakby zaglądanie do wnętrza rozmalowanej plamy, gdy dochodzi do odkrycia w jej centrum żyłki czy punkciku. Mniej widać rysunku, więcej kształtu rozlanego. Ów charakterystyczny rytm figuralny bywa spowolniony, zatrzymujący formę, by skupić uwagę na jej obrzeżach, na gęstości koloru, na stopniowaniu jego głębi.

Adam Dembiński, 1943 -2014

Urodził się w Liternikach Starych. Od 1963 r. mieszka w Domu Pomocy Społecznej w Brwilnie. Jego talent objawił się podczas plenerowych warsztatów w Zakrzewie w 1999 r. W rok później został okrzyknięty odkryciem konkursu Oto Ja w Płocku. Na Ogólnopolskim Konkursie Malarskim im. Teofila Ociepki w Bydgoszczy otrzymuje I nagrodę. W 2001 r. zostaje nagrodzony I miejscem w konkursie Oto Ja. Ma za sobą wiele wystaw w Gdańsku, Krakowie i Warszawie.
Rysownik, rysownik radykalny, jak określa go Zbigniew Chlewiński. Posługuje się pastelą, temperą, olejem, akwarelą, markerami. Te ostatnie są mu niezbędne do wykreślenia formy, wynikającej z jednej wiedzy, jest niezawisła i dotyczy prostej naturalnej idei. Mężczyzna, kobieta, dziecko, rodzina, kościół, Jezus Chrystus ukrzyżowany z aniołami i atrybutami męki, zwierzęta domowe, erotyka… – w prostym, niewinnym przekazie. Przy pracy jest tak pochłonięty, jakby uwalniał umysł i ciało z kolejnego obrazu z jakiejś wewnętrznej taśmy pamięci.
„Jego pracy towarzyszy ogromny wysiłek fizyczny. Rysując musi pokonać bariery jakie stwarza jego ciało. Natomiast prace powstają lekko i prawie bez szukania właściwej formy, jakby kształty przedmiotów były oczywiste, wpisane w materię kartki czy blejtramu. Talent i intuicja powodują, że on nie szuka, on znajduje od razu. Decyzja malarska zapada bez wahania, natychmiast. Pamiętam pierwszy namalowany przez niego obraz. To był okręt, piękny, w centralnym miejscu płótna; pewność kreski i użytego koloru. A po chwili pewność Adama, że to już koniec, że nie ma juz nic do dodania.
Beata Jaszczak, Magik z Brwilna, „Gościniec Sztuki 2000, nr 1/5
„To znakomite prace, mogłyby wisieć w najlepszych galeriach świata.”
Prof. Aleksander Jackowski
„Adam Dembiński maluje posługując się charakterystyczną kreską. Czasami rozedrganą. Każda praca zaczyna się od graficznego szkicu, który potem wypełniony jest kolorem lub tą samą barwą co i szkic. Prace powstają w jego głowie zanim zacznie rysować, nie jest to improwizacja w toku malowania. … Posługuje się kredką pastelową, olejem, temperą, akwarelą, markerami. Maluje na różnych podłożach: papier, płótno, deska.”
Marek Konarski, katalog do wystawy Kolor i kreska w Galerii Promyk w Gdańsku, 2002 r.

O abstrakcji w Wystawie Dziesięciu

Malarstwo abstrakcyjne jest zjawiskiem w dziejach sztuki bardzo młodym, liczącym niecałe sto lat. Przez długie wieki charakterystyczną cechą sztuki była jej mimetyczność – niezależnie co chciano wyrazić. Była to sprawa tak oczywista, że oddanie na przykład skomplikowanych stanów ducha za pomocą czystych wartości plastycznych – samych plam o określonych barwach tworzących mniej lub bardziej spontaniczną kompozycję – nie przychodziło nikomu do głowy.
Aby wyrazić owe stany, w końcu XIX wieku sztuka „wymyśliła” symbolizm posługując się rozbudowanymi kompozycjami przedstawieniowymi o mrocznym, ukrytym przekazie treściowym. W tym samym czasie rozpoczął się proces przemian w myśleniu o sztuce, który doprowadził do uznania abstrakcji. Postimpresjonizm pierwszy odkrył nieprawdę obrazu osadzonego w iluzji perspektywy iluzji renesansowej (Cezanne) i nadał elementom plastycznym – takim jak kolor, plama, forma nową rolę znaku – symbolu dla wyrażenia myśli, emocji i wzruszenia (Gauguin, van Gogh); wreszcie podarował obrazowi autonomię – prawo do samodzielnego bytu jako przedmiotu artystycznego.
Kubizm, w myśl Cezannowskich odkryć podjął próbę całościowego ukazania przedmiotu ze wszystkich stron naraz, siłą rzeczy go odrealniając, tworzył tym samym w obrazie jego własną, wewnętrzną przestrzeń. Fowizm deformował przedstawiane motywy i zaniechał koloru lokalnego na rzecz odrealnionej barwy będącej wyrazem uczucia.
Tak rozpoczęła się droga do malarstwa nieprzedstawieniowego. Wassyli Kandynsky w swoim dziele teoretycznym „O pierwiastku duchowym w sztuce”, jako pierwszy doszedł do wniosku, że przedmiot w obrazie jest dla artysty ciężarem niepotrzebnie wiążącym go z otaczającym światem i tym samym uniemożliwiającym swobodne wyrażenie sił duchowych tkwiących w człowieku. Należało zatem wyeliminować przedmiot z obrazu i tworzyć w czystej materii malarskiej. W myśl tych zasad w 1910 r. Kandynsky stworzył pierwszą kompozycję nie zawierającą żadnych odniesień do rzeczywistości wizualnej.
Wydaje się, że zawsze na ten sposób przedstawienia należy się zdecydować, że trzeba się uczyć rezygnacji z narzucających się mimochodem form rzeczywistych. Abstrakcjonista bywa więc najpierw realistą i wydaje się, że w sposób zupełnie naturalny wychodzi od odwzorowywania natury. Taka jest zazwyczaj kolej rzeczy. Zazwyczaj, bowiem oto mamy do czynienia z fenomenem twórczości od początku obojętnej na istniejące wokół przedmioty.
Mariusz Toczek nie zajmował się odtwarzaniem tego, co widział. Odrazu pokrywał płaszczyzny papieru formami sensu stricte abstrakcyjnymi wywiedzionymi ze świata własnych przeżyć, z rzeczywistości swojej psychiki. Skupiony na subiektywnych doznaniach, daleki od spraw zewnętrznych nie musiał świadomie zrywać z rzeczywistością go otaczającą. I oto mamy dzieło dojrzałe artystycznie, choć nie wyuczone; pełne formalnej konsekwencji. Obrazy Toczka ujmują widza intuicyjnie wysmakowanym kolorem, emanują swoim własnym światłem powstałym na styku kontrastowo zestawianych barwnych plam, najczęściej zgeometryzowanych, przyjmujących formy trójkątów i trapezów. Tak budowana kompozycja rządzi się swoim własnym, wyraźnie odczuwalnym rytmem. Jest zależna od rygoru narzuconego przez artystę – nie jest to więc spontaniczne malarstwo gestu. Jest kompozycja poddana kontroli opartej na potrzebie porządku. W rezultacie zostawił po sobie malarstwo z jednej strony informelowe, gorące jaskrawością użytych kontrastów, z drugiej nie rezygnujące z geometrycznej formy i porządkującej dyscypliny rytmu.
Na niektórych kompozycjach Toczka możemy dojrzeć jednak formy zbliżone do natury – zgeometryzowane kwiaty, wazony, szyszki. Na jednym z plenerów pokazano artyście bowiem, że MOŻE również rysować i malować przedmioty z otaczającego go świata, że MOŻE je wkomponowywać w obrazy tworzone dotychczas. Tak więc, w procesie artystycznego nauczania przeszedł Toczek drogę w kierunku odwrotnym. Zamiast nauki abstrahowania od rzeczywistości, uczył się otwierania na nią.
Inny zgoła typ abstrakcji prezentuje w swojej twórczości Arkadiusz Domek. Jego obrazy to ukryte, sprowadzone do syntetycznych, abstrakcyjnych znaków, przetworzone wizerunki natury, oddane za pomocą dobranych walorowo gam barwnych, pastelowych i jasnych, bądź ciemnych i zgaszonych, kładzionych rozedrganą kreską. Zwykle są to kompozycje równoległych pasów przywołujące rozległe pejzaże pól, łąk i lasów. Pejzaże syntetyczne i wyabstrahowane, na które artysta niekiedy nakłada formy bardziej dosadnie sugerujące rzeczywisty świat. Mogą to być na przykład szeregi owali – znaki koron drzew stojących gdzieś wzdłuż drogi, której istnienia można się domyślać.
Mówiąc o pejzażu syntetycznym warto zauważyć, że przywołanie odczucia widnokręgu nie jest rzeczą trudną, wystarczy bowiem jedna prosta pozioma kreska położona na płaszczyźnie, aby oddać wrażenie rozległego po horyzont krajobrazu. Jednak umiejętność syntetyzowania formy nie jest dana każdemu artyście, a stworzenie takiego pejzażu na obrazie za pomocą środków malarskich – barwy, plamy, kreski – wymaga już rozwiniętego zmysłu artystycznego.
Grażyna Szcześniak, O abstrakcji na Wystawie Dziesięciu, Muzeum Narodowe w Gdańsku. Oddział Sztuki Współczesnej, 2004 r.

Ryszard Kosek
Urodził się w 1957 r. w Płocku.

„Odkryciem wystawy Przerażenie i ukojenie, r. 1993 , było malarstwo Ryszarda Koska, wykształconego i wcześniej czynnego muzyka z Płocka.
Ryszard Kosek to osobny rozdział w historii płockiego i, jak się potem okazało polskiego środowiska artystów interesującego nas kręgu twórczości. Jego pierwsza indywidualna wystawa, w 1994 r. w muzeum płockim Wielka scena albo Pieśń o śmiertelniku, zyskała bardzo pochlebne opinie i spotkała się z szerokim zainteresowaniem publiczności i fachowców, szczególnie kolekcjonerów. Dziś artysta ma na koncie kilkanaście wystaw w kraju oraz we Francji i Belgii, nagrody i wyróżnienia w konkursach malarskich, kilka publikacji omawiających jego twórczość, film telewizyjny, kolekcje w prywatnych zbiorach. Jego wystawa Obrazy pierwsze, które autor dopiero po wielu latach zdecydował się pokazać publicznie, obiegła wszystkie krajowe galerie o wystawienniczym profilu art brut. Nieprzeciętnie inteligentny, z własnej woli zamknięty w mieszkaniu, obecnie artysta całkowicie oddany jest pasji malowania.
Zbigniew Chlewiński, omawiający przemiany malarstwa Koska, tak pisał w kolejnych publikacjach: „Ze względu na treść, elementy formalne i materiałowe malowideł oraz okoliczności tworzenia, ówczesną ekspresję plastyczną Koska należy zaliczyć do nurtu art brut. Cechuje ją przede wszystkim samozwrotna, autoteliczna motywacja, bez reszty wyczerpująca się w dokonanym procesie twórczym. Dzisiaj Kosek maluje inaczej. Uporządkował i udoskonalił warsztat, zainteresował się drugim człowiekiem, jego mentalnością. (…)
Ryszard nie potrafi odpowiedzieć, dlaczego maluje. Na trudne pytanie o motywacje dla twórczości artystycznej nie znają odpowiedzi również sędziwi teoretycy. Więc może banalnie: że artysta projektuje świat dla siebie, przykraja go na własną miarę, układa tak, aby czuć się w nim bezpiecznie? Pewnie tak jest. Ryszard Kosek stwarza wokół siebie rzeczywistość, która istnieje i funkcjonuje na mocy nadanych przez niego zasad, w której można się swobodnie poruszać według znanych reguł. Oswaja świat.”
Zofia Łoś, Od egzekucji do uniewinnienia, Muzeum Mazowieckie w Płocku, Płock 2009

Grzegorz Sienkiewicz, 1962 – 2008

Urodził się w Mogilnie. Malował w pracowni plastycznej WTZ w Haczowie, pod opieką Anny Ryż. Uprawiał malarstwo sztalugowe techniką pasteli olejnych. Jego prace były nagradzane I miejscem na Ogólnopolskim Festiwalu w Łęcznej w 2000 i 2001 r. W Gdańsku miał wystawy indywidualne w naszej galerii Promyk, uczestniczył w Wystawie Dziesięciu w Muzeum Narodowym ; brał udział w wystawie Oswajanie Świata w centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, prezentowanej też w Europie.
„Jako podobrazie stosuje duże formaty kartonów i płyt pilśniowych. Jego podstawowym narzędziem jest pastela olejna, którą operuje z prawdziwym mistrzostwem. Na powierzchni swoich obrazów spiętrza faktury poszukując różnorodnego śladu kredki, partie gładkie występują obok grubo kładzionych warstw. Całość zawsze zdradza jednak estetyczną dbałość, płaszczyzna obrazu osiąga zwykle charakterystyczne satynowe lśnienie. Bogactwo zastosowanych barwnych układów pozwala na wyzwalanie rozmaitych nastrojów … Tak jak prosta i ujmująca jednocześnie jest formalna strona prac Sienkiewicza, prosta i przyjazna jest rzeczywistość na nich przedstawiona. Tęczowe przesłanie o przymierzu człowieka z Bogiem, które, być może, jest najważniejsze dla samego Autora, staje się wzruszającym malarskim wyznaniem o szczęśliwości.”
Piotr Wójtowicz, monografia artysty wydana przez Commercial Union, 2001 r.
„Autor łączy w swoich pracach doskonałe wyczucie koloru z poetycką wyobraźnią. Tytuły jego obrazów: Diabły obżarte ludzkimi myślami, Powitanie miasta, Uspokojenie świata – wskazują, że jego zainteresowania i malarska działalność wykracza daleko poza dekoracyjne funkcje. Sienkiewicz swoimi poetyckimi wizjami próbuje tłumaczyć otaczający go świat, odkrywa baśniową rzeczywistość, w której pojawiają się diabły, aniołowie, rusałki, a także Pan Twardowski i Matka Boska Zielna. Jego obrazy niosą życiowe przesłanie; przestrogę przed złem, ale przede wszystkim poczucie harmonii i piękna. Kolorystyczna wrażliwość Grzegorza nasuwa skojarzenia z pulsującymi światłem obrazami postimpresjonistów.”
Władysław Jurkow, katalog do wystawy Oswajanie Świata, Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, 2003 r.

Krzysztof Gieniusz

Urodził się w 1963 roku w Gieniuszach. Od 1997 roku jest uczestnikiem Warsztatów Terapii Zajęciowej. Trafił do pracowni plastycznej Celiny Łuckiewicz. Po dwóch latach wziął udział w II Podlaskim Plenerze dla Twórców Niepełnosprawnych w Białowieży. Fala zachwytów, uwag krytycznych, recenzji sięgnęła swego zenitu. Media głosiły: idol II Pleneru, artystyczne objawienie spotkań, utalentowany kolorysta, iskra Boża zamiast akademii. Porównywano go z Chagallem. Niezbitym faktem w życiu Krzysztofa Gieniusza jest, że w wieku trzydziestu paru lat objawił się malarzem artystą, że maluje fascynująco i z fascynacją. Jego obrazy dobrze sprzedają się na aukcjach, są chętnie reprodukowane. Ma za sobą wiele wystaw indywidualnych i nagród konkursowych. W 2003 roku wziął udział w zbiorowej wystawie Oswajanie Świata w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, wystawa obecnie jest eksponowana w Europie. Nomem omen – geniusz. Jest szalenie fotogeniczny.
„Najpierw malarz rysuje temat i jest to jedyna w swoim rodzaju siatka, niczym pajęczyna szczelnie wypełniająca całą powierzchnię obrazu, wyraźnie ma to charakter celowej konstrukcji czy rusztowania, na którym malarz „rozwiesza” później swoje kolory. Już w rysunku wyznaczony zostaje rytm całej kompozycji, która w ostatniej fazie tworzenia niczym witraż zapala się kolorami. Ciekawe jest tu także to, że malarz z niezwykłą konsekwencją posługuje się kątem prostym w przedstawianiu świata nieorganiczonego, np. architektury, a dla ludzi, zwierząt i drzew ma zarezerwowaną wyłącznie linię płynną. Czyż nie jest to tworzenie harmonijnego obrazu świata w poszukiwania sensu istnienia … „
Andrzej Koziara, „ Nike”, 2001, nr 1
„Nigdy nie chodził do szkoły ani nie uczył się. Najbliżsi ze zdziwieniem obserwowali rozwój talentu Krzysztofa. Jego zamiłowanie do malowania z początku wyśmiewano, lecz gdy z czasem zaczął zdobywać nagrody na konkursach plastycznych, a lokalna prasa zaczęła pisać o nim, zyskał szacunek.
Tworzenie daje mu wiele satysfakcji, chociaż powiedział kiedyś: malowanie jest trudniejsze niż kopanie w polu. „
Władysław Jurkow, katalog wystawy Oswajanie świata w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, 2003

Wojciech Rubik
czyli czułość koloru, pewność kreski, mgiełka tęsknoty

Urodzony w 1954 r. w Lęborku. Maluje od ponad 20 lat. Używa pasteli suchej i tłustej. Na kartonie o dowolnych rozmiarach, dowolnych kolorach, zawsze pogodny, kładzie jakieś wyobrażenie plastyczne.
Najpierw uwagę patrzącego zatrzymują zorganizowane kompozycją przenikające się plamy barwne. Przeważnie jest ich wiele i w przedstawieniu postaci, przedmiotu i w bogato zapełnionym tle traktowanym z jednakowym przyłożeniem uwagi i zaangażowania Autora. Zarówno tło jak i konkret staje się istotą obrazu. Tła bywają dekoratywne, gdzie indziej wprowadzają ruch, lotność, dają wrażenie świetlistości. Ale finezję swej wizji ukaże Artysta, jeśli skreśli ciemną postać na czarnym tle!
Jest cechą charakterystyczną, że kolor kartonu wyzwala wyobraźnię malującego i zdarza się, że w całości przedstawienia ten kolor bierze udział na równi z kładzionymi barwami. Jakiejż zatem potrzeba sprawności wyobrażenia, by na początku pracy pozostawić rysy tegoż kształtu jako tła nietkniętego.
Wojciech Rubik przez długi czas jawił się jako Autor przeważnie miłych pejzaży z domem umieszczonym centralnie lub w oddaleniu, z drzewami, fantastycznymi kwiatami nadnaturalnej wielkości. Miłych dla oka, interesujących mocną kreską konturu i prostotą bryły, zdarza się, dających wrażenie głębokości kryształu przez użycie białej pasteli na ciemnym podłożu. Tak jest namalowana grupa cerkiewek, które dotyczą jednej cerkwi. Jednak bogactwo jej architektury i zdobień spowodowało, że jest przedstawiana fragmentami.
We wszystkim konsekwentny rzut światła poparty cieniem. Pewność kreski – stawianej swobodnie, a potwierdzającej intencję jej obecności. Jest jedna, z jednego ruchu ręki; twarze postaci, ich figury w wyobrażeniu Artysty dotyczą różnych i nawet konkretnych osób i mają niekiedy jakąś cechę charakterystyczną, zawierają w sobie przede wszystkim ładunek emocji. Ich oczy patrzą często na coś poza obrazem, bez uśmiechu, są umieszczane przeważnie centralnie, albo zajmując całość kartonu, albo mają przed sobą przestrzeń, pole wydzielone. Buduje się jakaś proporcja. Umieszczone w intrygujących wzorem kolorowych linii i plam stanowiących tło obrazu i wypełnienie rysunku postaci.
Ale od niedawna pojawiły się także postacie bez obrysu, rozpływające się, białe, właściwie przeźroczyste. Postacie po dwie, w jakiejś interakcji – ktoś odchodzi, ktoś się ogląda; postacie płynące w przestrzeni. Portrety podwójne… , a może wyobrażenie jednej postaci oglądającej się za sobą samą …?
Wśród postaci jest wiele kobiet. Wojtek wyraża się o nich – kobietki. W prostocie swojej zaznacza płeć widocznymi znakami. Jest to bowiem sztuka oddająca rzeczywistość w niewinnej naturalności. Oto dwa przedstawienia Wenus. Wenus i Wenus tańcząca. Oba rysunki na białym tle, zaznaczone niewieloma liniami, bardzo zmysłowe przedstawienia. Obie postacie w ruchu jakby kulistym, oplątane zwiewną materią bez zaznaczenia jej brzegów, mgłą zdobioną płatkami kwiatów, skrzydełkami ważek czy motyli.
Wojciech Rubik chętnie zajmuje się kopiami starych mistrzów. W 2000 r. jego Żółty Chrystus wg Paula Gauguina otrzymał trzecią nagrodę na konkursie organizowanym przez Stowarzyszenie Artystów Nieprofesjonalnych w Krakowie.
Sztuka intuicyjna. Dostrzeganie świata i życia w barwach, kształtach, proporcjach, wartościach i znaczeniach jest naturalne. I poprawnie artystycznie przedstawione. Jest to również wyobrażenie całkowite, fakty plastyczne niezbędne.

Sebastian Proszko
Pocałunek na sztaludżio

Urodzony w 1971 r. w Szczecinku.

Na obrazach Sebastiana Proszko możemy wprawdzie oglądać przedstawienia konkretne – postacie archetypiczne, elementy przyrodnicze, architektoniczne – lecz abstrakcyjnie umieszczone w swoistych kompozycjach, w wyborze elementów, z pominięciem perspektywy. Są to dla niego przedstawienia konkretne, choć tytuły, jakie im przypisuje nie zawsze są jasne, czasem wydaje się, ze Autor rzuca je po to tylko, żeby dać odpowiedź. W wypadku Sebastiana Proszko, ważne jest jego zadowolenie z powodu pytania, kiedy stoimy razem z nim przed obrazem, czujemy się zjednoczeni tą samą emocją, razem czynimy uważne patrzenie, rozważamy rysunek, kolorystykę, zaskakującą zawsze kompozycję, ten pomysł na przedstawienie.
Postacie, jeśli się pojawiają, są zgeometryzowane, potraktowane archetypowo, lecz nie pozbawione cech charakteryzujących je konkretnie – pielęgniarka, tancerz – postacie są w jakiejś sytuacji, to nie są stabilne portrety.
Kompozycje tajemnicze, odtworzone na kartonie co do dokładności każdego rysu, czasem wyglądają jak plan miejsca widzianego z góry lub widziane płasko, z oddalenia. Bywa, że formy mają lekko podmalowane obrysy, przez co odbijają się od powierzchni obrazu, stają się lotne, istniejące nad podłożem. Płaszczyzny rysunku wypełnione są widocznymi rysami pasteli, przyporządkowane kształtom form, ale najcenniejszą wartością owego stawiania rysów jest wrażenie szklistego, kryształowego efektu czy miękkości i połysku aksamitu, co Autor uzyskuje przetrawieniem z zewnątrz innym kolorem lub pozostawieniem śladu podłoża.
Wyobrażenie przedstawione jest jedyne i nie podlegające dyskusji. Sugestie przyjmowane są w milczeniu i nigdy nie zostają zastosowane. Tak, jakby Sebastian w ogóle tego nie słyszał.
W sumie, o całym malarstwie Sebastiana Proszko można powiedzieć, że wyrafinowana jest jego kolorystyka jak i forma. Kolorystyka i ostra, i stonowana, formy wprost przedstawiające i niezmienne, a także zadziwiająco różniące się od ich faktycznego wizerunku. I to jest abstrakcyjne – dla widza.
Oglądam katalog wystawy W 100-lecie abstrakcji, która miała miejsce w naszym Muzeum Narodowym w Gdańsku, w Pałacu Opatów – i czytam konkretne podpisy pod dziełami. Bo też abstrakcja bierze się z natury, z układów światła i cieni, stanów ducha czy natrętnej potrzeby wysycenia obrazu brakującym elementem. Kandinski, Picasso, Delacroix też musieli te konkrety zobaczyć w charakterystycznych dla tego kierunku sztuki barwach i formach. Także i dla Sebastiana Proszko jest to naturalny sposób przedstawienia. Dodaję – pełen dbałości, delikatności, nie powiem tu za dużo – uczucia. Sebastian całuje swoje sztaludżio, zanim zacznie pracę, całuje płócienko, na którym będzie wykonywał rysunek.
Ciekawe jest też, o czym się nie pisze, że art brut nie stosuje przecież w swojej technice niczego z pozaplastycznych zachowań i praktyk. Po prostu z ogromną pieczołowitością wśród emocji odtwarza swoje naturalne wizje. Prościutko od początku do końca pracy nad dziełem. Z absolutną pewnością co do wypełnienia zadania. Z pełną świadomością, że praca jest skończona.
A oto, co napisał o malarstwie Sebastiana Proszko gdański malarz, Marek Wróbel:
„… są tajemnicze jakieś obszary w człowieku, w których się rodzi akt twórczy.” Ta myśl Andre Malraux, która obojętnie jak jest później interpretowana, nie daje mi spokoju. Z pracami Sebastiana Proszko zetknąłem się po raz pierwszy parę lat temu. Mignęły mi przez chwilę, ale od razu przykuły moją uwagę. A kiedy dowiedziałem się kto jest ich autorem, zafascynowały mnie. Czy w jego przypadku możemy mówić o dojrzałości twórczej? O wyrafinowanej kompozycji i kolorze? A przecież to wszystko w pracach Sebastiana Proszko jest! Wspaniałe, wyważone kompozycje, bezbłędnie dobrane kolory, rytm. Na myśl nasuwają się mi takie nazwiska jak Mark Rothko czy Paul Klee. Oczywiście w innej skali i wymiarze, ale jednak… Niewątpliwie cały proces twórczy Sebastiana Proszko pozostanie dla mnie tajemnicą, ale efekty jakie uzyskuje są niesamowite, fascynujące i godne uwagi.”
A jednak, są to Outsiderzy Sztuki, dlaczego tak nie wchłonięci w ten artystyczny świat i z trudem przyjmowani?
Ale ja też chcę tu pozostawić refleksję o fenomenie sztuki i jej dziwnych losach przez wieki. Gdzie tkwi jej zarodek, potrzeba, dla której powstaje – czyż nie jest potrzebą duchową? Jej wiernym, uległym, wielce absorbującym umysł modelem jest całość stworzenia – świat i jego mieszkańcy.
W X Ogólnopolskim Konkursie Malarskim im. Teofila Ociepki, w 2015 r., Sebastian Proszko znalazł się wśród ośmiu nagrodzonych artystów.

Jolanta Gołembiewska
Wszystko to, co w porządku plastycznym wyraża wirujące emocje

Urodzona w 1961 r. w Gdyni. Z ogromną radością przygotowywaliśmy jej wystawę obrazów intensywnych kolorów, prędkiej kreski łapanej w ruchu rozchwianych kwiatków, rozrzuconych listków, gałązek – i tancerki, która swym tańcem czyni wokół siebie wiatr.
Jolanta maluje od lat posługując się pastelą. Są to prace rozpoznawalne, nie zmienia się ich kreska, a nawet i temat przedstawienia – jedna lub dwie postacie dziewczęce w ruchu – jakby na estradzie – najczęściej w kwietnej dekoracji. To obrazy gęste, wrażenie sceny pochodzi i z jakby tanecznego ułożenia postaci dziewczyny i z zaznaczonego obramowania, zamknięcia przestrzeni. To tylko wrażenie, Jola nie maluje teatru, ani tańca, ona maluje, jak się można było domyślić – a i zapytać – zauważając charakterystyczne figurowanie postaci, siebie, w swoistej pozie, w jakiej się jawi jej osoba. Bardzo interesująco przedstawiają się tu też taszystowskie maźnięcia. Wszystko zdecydowane, bez zbędnego szczegółu, swobodne w geście – od jednego ruchu ręki, od natychmiastowego przekazania komunikatu artystycznej intuicji. To kompozycje bardzo gęste, aż ciężkie od kwietnego nasycenia tła, poszarpania kształtu, użycia kreski w napięciu emocjonalnym. Bywa też obrazowanie niezwykle oszczędne. Na czystym tle rzucone nieliczne kwiatki, jakby od niechcenia, w zamyśleniu, z pojedynczym elementem kompozycyjnym. Kwiatki – to kłębuszki gęste lub luźniejsze, co dodaje rysunkowi przestrzenności jak oddechu, postacie – wystrojone lale – stoją w naturalności swojej kondycji, bez kokieterii, zwyczajnie. Jolanta Gołembiewska potrafi na jasnym tle użyć koloru białego dla całej postaci i dodając parę akcentów zaznaczonych kolorem.
Ekspozycję dopełnia karton z dwudziestoma rysunkami niewielkimi i zupełnie małymi. Oko cieszy lekka i dowcipnie użyta kreska. To zatrzymanie formy w niewymuszonym i nie pozowanym ruchu. Tu się wszystko unosi w powietrzu.

Tadeusz Sterna

Urodzony w 1952 r. w Częstochowie. Po przeprowadzce do Gdańska, jako dojrzały już człowiek zaczął uczęszczać do Warsztatu Terapii Zajęciowej o profilu ceramicznym prowadzonego przez Fundację „Sprawni Inaczej”. Wybrał ten warsztat ze względu na zainteresowanie lepieniem w glinie. Wkrótce lepienie stało się pasją Jego życia, swoje zdolności rozwijał pod kierunkiem artysty plastyka Łukasza Rogińskiego.
Niejeden mistrz podziwiał talent Tadeusza i zazdrościł odwagi i swobody z jaką tworzył gliniane postacie ludzi i zwierząt czy też budowle. Lepiąc z gliny, jakby znikał w swoim świecie. Najbardziej interesowały Go postacie i budowle, chociaż pojawiały się również takie tematy jak okręty, żaglowce, łodzie i zwierzęta.
Przed podjęciem pracy oglądał ilustracje, zastanawiał się kogo ulepić. Najczęściej byli to sławni ludzie np. Papież, Kopernik, Heweliusz, Janosik, ale zdarzało się, że wykonał np. portret toczącej na kole garncarskim Moniki lub tańczącą kobietę.
Z wielką pasją tworzył budowle. Inspirował się podobnie jak przy postaciach ilustracjami z kolorowych magazynów i gazet, czasami były to pocztówki.
Przyglądał się dokładnie, pałacom, kościołom, latarniom morskim i sławnym budowlom. Potem przy kubku z zaparzoną kawą zaczynał pracę, nie korzystał z przerw, często kontynuował pracę przez kolejne dni. Zawsze fachowo zabezpieczał niedokończoną rzeźbę, czyścił i odkładał na miejsce narzędzia.
Oglądając budowle Tadeusza odnajdziemy Bramę Brandenburską, Biały Dom, Kaplicę Królewską, Londyński Tower Bridge, kamieniczki gdańskie, cerkiew druskiennicką i wiele innych.
Zachwycają prostotą i surowością, ale też niezwykłą wrażliwością na piękno i spostrzegawczością. Zwykle utrwalał istotne cechy budowli. W 2002 roku na organizowanej przez Fundację aukcji jedną z prac Tadeusza Sterny zakupiło Centralne muzeum Morskie, była to Arka Noego. Zakup ten ukoronował Jego twórczy wysiłek i talent.
Notatkę o Tadeuszu piszę w czasie przeszłym, bo stan zdrowia nie pozwala mu uczestniczyć w zajęciach, ale stolik i ulubione ilustracje zawsze czekają na Niego. Zbiory prac Tadeusza Sterny są pod opieką Fundacji „Sprawni Inaczej”, czasami udostępniamy je w celach wystawienniczych.
Na początku 2015 r. .kilkanaście rzeźb Tadeusza można było podziwiać w Narodowym Muzeum Morskim w Gdańsku na wystawie „Bajki słonego wiatru”
Justyna Rogińska

Artur Limberger

Urodzony w 1974 r. w Gdańsku. Mistrz tłustej pasteli. Malarz żywiołów. Rysownik dzikich kotów, uśmiechniętych smoków, ludzi, potworów, tropikalnych lasów, purpurowych miast.
Ryby, które pływają w morzu, choinki, które mają kaptury do góry.
Kłębiące się dzikie zwierzęta oswaja pomysłami, głaszcze na kartce pastelową kredką, karmi kolorem i zamyka w cienkie kolorowe ramki. Przyłapane w natchnieniu, wydają się piękne, wdzięczne i skończone. Artur dziękuje za pracę. Maluje z głowy, bo prawdziwi malarze malują z głowy. Z głowy, pamięci i balkonu, bo z balkonu widać najlepiej. Mama mówi, że talent odziedziczył po wujku-stryjku, piekarzu, malarzu-samouku. Jest zdobywcą wielu nagród, uczestnikiem licznych wystaw. Malował nawet na stojąco w TV. Miłośnik płyt. Muzyka nie przeszkadza mu w malowaniu. Marzy by pomalować trochę na ulicy. Najlepiej olejnymi farbami. Stoi się wtedy przy sztaludze;
zegary biją, ludzie zwiedzają, ulica robi się ładna.
Szczepan Troka Wysocki, Słowo do wystawy Ludzie, ryby, sowy … i gitara, Galeria Prom Art 12 IV – 7 V 2012 r.

Małgorzata Tomaszewska

Urodzona w 1979 r. w Gdańsku. Jej zdolności rysunkowe objawiły się niedawno i od razu wzbudziły żywe zainteresowanie. Zdecydowana kreska różnicująca płaszczyznę w kształty, interesująca dekompozycja obiektu, a także jego wybór świadczyły o odkrytym talencie. Objawiły się też jej ukryte dotąd obserwacje świata i życia. Dlatego nie czekaliśmy długo z wystawą tych prac, które zresztą powstawały szybko i wciąż zachwycały nowością wrażeń i przedstawień.
Cóż jest atutem rysownika? Oczywiście – kreska! Małgorzata Tomaszewska tę kreskę bezsprzecznie ma. Ale po jakimś czasie odrzuciła rysowanie, zajęła się tkaniem, by na dłużej oddać się obrazkom haftowanym na płótnie.

Marcin Mazur

Urodzony w 1980 r. w Gdańsku. Grafiką zajmuje się od dawna. Swoje zdolności rozwijał pod okiem Barbary Mazur, która przez wiele lat pracowała w naszej galerii jeszcze o nazwie Promyk i prowadziła warsztaty plastyczne w naszym Stowarzyszeniu. Pokazujemy prace sprzed lat kilkunastu i nowe, kiedy Pracownią Plastyczną zajmuje się Maria Klepacka.
Od 2005 r. poczynając, Marcin Mazur brał udział w wystawach zbiorowych w Galerii Promyk, retrospektywnej z okazji X-lecia jej istnienia, Impresjach Gdańskich, 2006 r.; Muzeum Morskim, 2008 r.; Urzędzie Wojewódzkim Miasta Gdańska, z okazji promocji kultury polskiej w Izraelu, a także w 2009 r., w wystawie The One World For All, w Jerozolimie, z okazji Roku Polskiego w Izraelu; Gdańskim Archipelagu — Wyspa Skarbów; Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Konrada Korzeniowskiego w Gdańsku, 2010 r.
Wystawa w naszej Galerii Świętojańskiej, w 2015 jest pierwszą indywidualną prezentacją grafik Marcina. Głównie są to przedstawienia gdańskiej architektury, co jest zainteresowaniem oczywistym dla artysty, który w tym mieście żyje. Stare kamienice, bramy, pomniki – historia ich powstawania, ale i los tego miasta jest gdańszczanom, tu zamieszkałym i tu już urodzonym – bliski sercu. To wspaniałe miasto, które się kocha.
Oglądamy więc Wieżę Jacek, w której można policzyć cegiełki, z fantazją skomponowany widok Wieży Zegarowej kościoła św. Katarzyny, z rozchwianym dzwonem i nie tylko jego oknami ale i pobliskich kamieniczek w jakimś szczególnym przechyleniu, co daje wrażenie, powiedzmy, osobistego potraktowania efektu perspektywy. Jest też ta piękna – już odbudowana – wieża św. Katarzyny na tle łuny pożaru, jak wspomnienie tragicznego wydarzenia sprzed lat.
Okna w gdańskiej architekturze grafik Marcina Mazura są białe lub czarne, punktując w ten sposób rytm kompozycji, czasem przechylone, przez co powstaje fantazyjny efekt poruszenia, wprowadzenia elementu dowcipu. Owszem, w jednej z prac i podpis Autora ma przestawioną literkę Z w nazwisku.
Wyżłobił też Tu154Pl – samolot tragicznej katastrofy w Smoleńsku, w chwili, kiedy jeszcze stoi na lotnisku przed odlotem; autoportret – kreując się na bohatera oryginalnego, której to opinii znający Marcina Mazura nie zaprzeczą. Jest też EXLIBRIS – szczegóły tej kompozycji są bardzo znaczące, oddające charakter i poglądów, i postawy wobec historii, w jakiej wypadło mu żyć.
Na wystawie są też płyty ze żłobieniami. Pokazujemy je, bo to przede wszystkim podstawowa praca linorytnika, przyglądnąć się tu można rodzajom cięć, ich głębokościom, nasileniu, pozostawieniu wolnych przestrzeni, by na kartonie pokazało się – tam, gdzie gładko – tam czarno, gdzie żłobiono – tam biało, gdzie lewo – tam prawo.

Wojciech Birtus

Urodzony w 1979 w Gdańsku. Wszystkie obrazy eksponowane na wystawie powstały w drugiej połowie 2013 r. Niektóre z nich pokazywaliśmy w styczniu rok temu na wystawie zbiorowej pt. Inspiracje. Potem Wojciech nie zajmował się malowaniem, nawet wyszedł z Pracowni Plastycznej. Jednak jego obrazy nie dawały mi spokoju, a to przede wszystkim ze względu na ich założenie formalne. Strzemiński! Ale nasz Autor zaczynał bawić się kredką od niechcenia i bez większego zainteresowania, aż coś się ruszyło w jego głowie i jako pierwsze pojawiły się geometryczne kompozycje architektoniczne, często z maleńkim słoneczkiem w lewym górnym rogu. I jest to wciąż ten sam budynek – szkoła – o różnych porach dnia, a nawet, jak wskazywałaby kolorystyka, i nocy , jednak ze słoneczkiem. Ten świetlisty znaczek pozostał w następnych pracach nad położonymi i postawionymi prostokątami i kwadratami. Wskazywało by to nadal na obiekty architektoniczne sprowadzone tym razem do nieoznakowanych brył. Wreszcie pojawiły się już tylko same kwadraty i prostokąty w doskonałej harmonii barw czasem z pozostawionym śladem podłoża. Kredka, pastela, których używa Wojtek, same podpowiadają, kiedy ten ślad pozostawić. Czasem Wojciech wychodzi z geometrii i daje przedmiotowi istnieć w przestrzeni jakby badał jego formę, znak w coraz to innych sytuacjach. To jest bardzo ciekawe, jak w malarstwie art brut potwierdzają się odkrywane w historii sztuki artystyczne prądy i wizje rzeczywistości.
I ty, Wojtku w kwadratach zawarty, odsłaniasz pomału artystyczne karty… pisała, kierująca naszą Pracownią Plastyczną Maria Klepacka, w swojej serdecznej wyliczance – po parę słów o każdym Autorze przy okazji wystawy zbiorowej sprzed roku. Wojciech Birtus objawia swoje widzenie świata pomału, ale zdaje się, że obudził się w nim artystyczny nerw przy tej jego wystawie indywidualnej. Bardzo tez był zdziwiony, gdy pokazałam mu kompozycje architektoniczne Władysława Strzemińskiego.
Teresa Pałejko